Zrobiłam już kilka jednodniówek z wypadem za granicę. Jednak są to tak naprawdę trzy dni w podróży – wyjeżdżałam wieczorem dnia poprzedzającego zwiedzanie miejscowości, a wracałam z samego rana dnia następnego. W ten sposób postawiłam stopę w Bratysławie, Lwowie i czeskiej Kutnej Horze. Kowno było prawdopodobnie jednak jednym z ostatnich bliskich Polsce miejsc, które zwiedzałam bez noclegu. Nie tylko brakuje już miejsc z dobrym połączeniem, ale przede wszystkim – taka forma wyjazdów jest bardzo męcząca, dobra dla młodszego kręgosłupa.
Bilet autokarowy kupiłam za zawrotną kwotę 2 euro. Zakupu dokonałam na litewskiej stronie autobusubilietai.lt, która dość często miewała takie promocyjne ceny. Do Kowna dowiozło mnie Eurolines Business Class.
Bilet autokarowy kupiłam za zawrotną kwotę 2 euro. Zakupu dokonałam na litewskiej stronie autobusubilietai.lt, która dość często miewała takie promocyjne ceny. Do Kowna dowiozło mnie Eurolines Business Class.
| Kościół garnizonowy św. Michała Archanioła |
W obie strony trafiły mi się miejsca z samego tyłu autokaru, które przy całkowicie zapełnionym pojeździe byłyby tragiczne ze względu na prawie pionowe siedzenie i brak możliwości jego opuszczenia w tył. Miałam jednak to swego rodzaju szczęście, że na obu przejazdach miałam po dwa miejsca dla siebie i mogłam leżeć, skulona w kłębek.
Do Kowna dojechałam o 4:50. Niby był to prawie koniec astronomicznego lata, ale było już zimno i jeszcze ciemno. Jak dotąd, na poprzednich wyjazdach, nie miałam żadnych negatywnych odczuć z powodu bardzo rannego przyjazdu. Kowno zmieniło tę sytuację. Było średnio przyjaźnie. Akurat kończyły się imprezy podpitej młodzieży, a pracujący na wczesną zmianę jeszcze nie wyszli. Na dodatek nigdzie nie było w pobliżu Maca, aby przeczekać do świtu i napić się kawy.
| Przy tak wczesnej godzinie przynajmniej nikt nie wchodzi w kadr ;) |
Kowno nie jest jakieś niebywale duże, więc ścisłe centrum od kościoła garnizonowego św. Michała Archanioła do Ratusza przeszłam kilkukrotnie. W międzyczasie wstępowałam do różnego rodzaju knajpek. Na jedzenie i picie wydałam łącznie 20,04 euro. W trakcie szwendania się wjechałam na wzgórze jedną z dwóch kolejek za 0,5 euro oraz wstąpiłam do prawie pustego Muzeum Diabłów, jedynego w moim specyficznym guście, do którego bilet wstępu kosztuje 2 euro.
Łączna kwota za jednodniowy pobyt na Litwie wraz z przejazdem, bez uwzględniania mojej pocztówkowej fascynacji, na którą wydałam 11,13 euro, wyniosła 24,54 euro, czyli wg średniego kursu z tamtego okresu – 104 zł.
| Ratusz, zwany "Białym Łabędziem" |
Podsumowując wyjazd – nie siedziałam przed komputerem, spędziłam dzień produktywnie, czyli połaziłam po mieście, w dodatku za granicą, po Kownie, w którym byłam zawsze tylko przejazdem w drodze do Wilna, obejrzałam jego główne zabytki, pooglądałam diabelskie figurki, ale cóż, miasto mnie nie zachwyciło. Dodatkowo średnio mili ludzie, z niewielkimi wyjątkami, i na Litwę aktualnie nie chce mi się wracać. Nawet po mój ulubiony litewski przysmak, czyli serki twarogowe oblane czekoladą…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz